Patron Fundacji

Mówiąc o FRIK-u, nie sposób zapomnieć o naszym „założycielu”, osobie z pozoru ekstrawaganckiej, pełnej entuzjazmu i zapału, postaci bardzo…(nie)historycznej ;-) Poznajcie Miguela Stadnickiego.

MIGUEL STADNICKI – WHO IS WHO?

 Pierwszym pytaniem, które (choć nie zawsze artykułowane) ciśnie się na usta każdego, kto po raz pierwszy usłyszał nazwę naszej Fundacji jest: Kim jest lub był Miguel Stadnicki? On sam zwykł powtarzać, że zarówno na swe nazwisko, jak i niepospolite imię nie miał wpływu, a wyboru dokonał jego ojciec, który ujrzawszy nagiego noworodka miał powiedzieć: „Jeśli nie kochones, to niech chociaż imię go w życiu wyróżnia”. Jako zaś, że był zagorzałym fanem hiszpańskiej korridy, pierwszym skojarzeniem, jakiego doświadczył w poporodowym oszołomieniu były kochones słynnego torreadora Miguela Perery, pogromcy setek byków. I tak już – Miguel – zostało. A co do  kochones to czas pokazał, jak bardzo senior Stadnicki się mylił.

Wielu twierdzi, że widziało Miguela Stadnickiego, ba!, że pozostawało z nim w intymnej zażyłości. Jednakże policyjny grafik, który na podstawie ich opowieści próbował narysować pamięciowy portret Miguela popadł  był w depresyjny stan nerwicowy, kiedy
w kolejnym szkicu, po serii męskich facjat najróżniejszego autoramentu, z kartki szkicownika spojrzał na niego Murzyn.

 Portret ów miał dopomóc w odnalezieniu Miguela kiedy okazało się, że na jego zdebetowane zwykle konto bankowe wpłynął pewnego dnia wielomilionowy przelew franków z Demokratycznej Republiki Konga i konieczny był  podpis akceptujący transakcję oraz związany z nią podatek na rzecz krajowego fiskusa. Kiedy kilkunastodniowe poszukiwania okazały się nieskuteczne bank zwrócił się do znanego w kraju jasnowidza, który sobie tylko znanymi metodami określił przypuszczalne miejsce pobytu Miguela lub też jego doczesnych szczątków. Miejscem tym okazała się być myśliwska ambona w Puszczy Knyszyńskiej, w której Miguel czatował cierpliwie na mającego złą sławę wśród okolicznych mieszkańców olbrzymiego odyńca.

Sam Miguel twierdził potem, że kongijskie franki w znacznych ilościach to spadek, który odziedziczył odpowiadając na e-maila z Konga (potraktowanego zresztą przez komputer jako spam). W e-mailu tym pewien adwokat poszukiwał spadkobierców zmarłego tragicznie łowcy słoni, który – zadeptany podczas polowania przez stado wystraszonych antylop – zostawił ogromny majątek pochodzący ze sprzedaży kości słoniowej producentom fortepianowych klawiatur,  zamawianych kiedyś masowo przez angielskich snobów.

Miguel, który okazał się być jedynym żyjącym z grona osób wskazanych w testamencie spadkobiercą afrykańskiego łowcy spadek przyjął, należny podatek do Skarbu Państwa odprowadził i ze zdziwieniem stwierdził, że odsetki od pozostałego kapitału są na tyle duże, iż pozwalają mu oddać się ulubionej życiowej pasji, to jest znikaniu. Miguel znikał bowiem nagle w najdziwniejszych miejscach naszego globu, po czym równie nagle się odnajdował. Co robił w czasie zniknięcia wie chyba tylko on i nieliczni niepiśmienni tubylcy, którzy mu wówczas towarzyszyli.

Pozorne ekstrawagancje, którym oddawał się Miguel nieznacznie tylko naruszały jego majątek, w związku z czym, po gruntownym namyśle i z pomocą doświadczonych prawników założył Fundację swojego imienia. Nielicznym, acz niezwykle mu oddanym pracownikom zwykł był mawiać: „Będziemy wspierać projekty, choćby z pozoru najbardziej szalone, pod warunkiem, że będą miały one jasno określony, podniecający i fascynujący cel, którego osiągnięcie da satysfakcję komuś więcej, niż tylko  pomysłodawcom, a przy tym celem tym nie będą nasze głowy.”

Spektakularnym projektem podjętym przez Fundację Miguela Stadnickiego było wywołanie zorzy polarnej na terenach równikowych przy użyciu robaczków świętojańskich. Słynny już dziś w całym świecie eksperyment miał miejsce na jednej z zapomnianych przez świat i turystów wysepek Polinezji. Fama o tym wyjątkowym, mającym nastąpić zdarzeniu ściągnęła na wyspę tłumy żądnych sensacji reporterów kolorowych tabloidów z całego tzw. cywilizowanego świata. Czas oczekiwania spędzali oni na przełamywaniu nieufności tubylców handlem wymiennym elektronicznymi gadżetami oraz na zalewaniu robaka (bynajmniej nie świętojańskiego) przywiezionymi z sobą zapobiegliwie alkoholami wszelkich marek i mocy.

Zdania, co do samego zjawiska zorzy równikowej były podzielone. Znacząca większość obserwatorów widziała tylko czarne niebo (choć barwnie je potem swym czytelnikom opisywała a fotografie obrabiała w Photoshopie). Ci zaś, którzy zorzę utworzoną przez miliardy świecących robaczków, wypuszczonych z wynajętych do projektu tankowców ujrzeli, okazali się być – jak wykazały późniejsze badania – daltonistami. Nie przeszkodziło to wszak sławie projektu, Fundacji i samego Miguela Stadnickiego. A sama wyspa i jej mieszkańcy (którzy do dziś twierdzą, że zorzę widzieli) ocknęli się z trwającego od stworzenia świata letargu, co samo w sobie stanowiło wartość dodaną z pozoru tylko niedorzecznego pomysłu.

Już choćby ten krótki szkic ukazuje ogrom pracy czekającej na obecnych i przyszłych biografów Miguela Stadnickiego. Staną oni bowiem, niczym kartografowie przed ledwie zarysowaną mapą nieznanego lądu, zdominowaną przez białe plamy czekające na swych odkrywców. Zadania, jakie ich czekają są niełatwe, ba! niebezpieczne, ale jakże frapujące!   Ci zaś, którzy od Fundacji Miguela Stadnickiego oczekują „złotego deszczu”(tu: forsycja) niech mają świadomość, że czekają ich raczej churchillowskie „krew, pot i łzy”, z kwiatów zaś – niezapominajka , która niech będzie w tym miejscu symbolem, że jednak warto dla niezapomnianych chwil gonić swe marzenia!

Kreatywny autor tekstu: Andrzej Tylczyński